Strona główna
  • Increase font size
  • Default font size
  • Decrease font size
Ostatnie artykuły:

 


 

XXXIII Niedziela Zwykła 

 Prz 31, 10-13.19-20.30-31; 1 Tes 5, 1-6; Mt 25, 14-30

 

Ta przypowieść Jezusa wpisuje się w nurt opowiadań eschatologicznych podprowadzających czytelnika pod dzień paruzji. Już we wcześniejszych naukach Jezusa widzimy, że mówi On o Królestwie Niebieskim porównując je z wydarzeniem opisanym w przypowieści. Aby dobrze zrozumieć kontekst Jezusowego opowiadania o talentach warto by zacząć próbę zrozumienia dzisiejszej Ewangelii od słów, których de facto w tekście nie ma, ale intelektualne dodanie ich pomoże zrozumieć ideę wypowiedzi Jezusa: „W czasie ponownego przyjścia Syna Człowieczego będzie podobnie jak z człowiekiem, który mając udać się w daleką podróż…” itd.

O co chodzi z tymi… „talentami”? Odpowiedź jest dość ciekawa. Suma, którą pan przekazuje sługom jest wręcz niewyobrażalna. W I w. n.e. w Imperium Rzymskim 1 talent (talanton) odpowiadał 6 tys. denarów. Wynagrodzenie za dzień pracy przeciętnego pracownika wynosiło właśnie 1 denar. 300 dni w roku spędzonych w pracy, uświadamia nam, że wspomniany 1 talent to zapłata za 30 lat pracy. Idźmy dalej… 5 talentów to suma za 100 lat pracy, a 10 talentów… no właśnie suma ogromna, trudna do wyobrażenia i przeliczenia. Zauważmy, że dobrodziej, który udaje się w podróż i przekazuje hojne prezenty swoim sługom jest otwarty na ich własną inicjatywę. Nie sugeruje im, na co mają przeznaczyć otrzymane fundusze.

Pieniądz rodzi pieniądz, więc gdy tylko słudzy pożegnali swojego pana, zabrali się do roboty. Aby pomnożyć swój majątek z pewnością nie włożyli swoich pieniędzy do banku i nie czekali bezczynnie na odsetki, ale wzięli się za handel. Był to popularny sposób zarabiania w starożytnym Izraelu. Skąd wiemy, że nie chodzi tu o depozyt bankowy? Do „leniwego” sługi pan po powrocie mówi, że zrobiłby lepiej, gdyby złożył pieniądze w ręce bankierów, wtedy zyskałby choć trochę.

Ale czy wtedy istniały banki? Oczywiście! Każde większe miasto Imperium Rzymskiego posiadało swój bank. Żydzi więc mieli w nich składane swoje pieniądze. Bankowcy pełnili podobne funkcje do współczesnych nam pracowników banków: zamieniali waluty, przechowywali pieniądze w depozytach oraz obracali nimi na „giełdzie” w celach zysku. Ile mógł więc wynieść dochód z obrotu depozytem? Starożytne źródła podają przypadek, że zysk mógł sięgać nawet 14,2% wpłaconej kwoty. Sługa gnuśny zarobiłby więcej przy swoim lenistwie, gdyby wpłacił pieniądze do banku, a tak, zakopując je w ziemi, nie zarobił ani grosza. Ale skąd pomysł na… zakopywanie pieniędzy?Był to dość znany zwyczaj wtedy, kiedy państwo nie zaznawało pokoju, a więc w czasie wojny. Wówczas depozyt mógł być przeznaczony na potrzeby państwa, a tak, pieniądze zakopane gdzieś w polu były bezpieczniejsze… Powiedzmy… zawsze ktoś mógł je ukraść lub mogły zostać wywindowane do góry przez jakieś zwierzę… Możemy zastanawiać się, co było złego w zachowaniu gnuśnego sługi, który przecież miał dobre chęci. Musimy pamiętać, że Jezus w Ewangelii św. Mateusza często powtarza, że jego uczeń ma przynosić owoce, ma pełnić dobre czyny, czyny miłosierdzia, którymi wielbi Boga.

Powrót pana – kyriosa (κύριος) – przypomina więc uczniom powtórne i definitywne przyjście Chrystusa. Aż ciarki przechodzą na myśl, co będzie się wtedy działo… W następną niedzielę podczas czytania Ewangelii będziemy wsłuchiwali się w Słowo o sądzie ostatecznym. Sprawa dla tych, którzy ociągali się w swojej wierze i miłości nie będzie wyglądała kolorowo… Ale… nie uprzedzajmy przyszłego tygodnia.

Słudzy rozliczają się z panem. Pierwsi dwaj pomnożyli swoją sumę dwukrotnie. Obaj więc otrzymują taką samą nagrodę, mimo iż finansowo ich przychód bardzo się różnił. Pochwała od szefa: dobrze, sługo dobry i wierny, obietnica awansu: byłeś wierny w rzeczach niewielu, nad wieloma cię postawię oraz chyba najważniejsze – świętowanie z panem (wejdź do radości twego pana) – stają się największą nagrodą dla ambitnych sług. Kto więc pracuje w pocie czoła dla Chrystusa, mimo przeciwności może być pewien, że nagroda wieczna go nie minie!

Przychodzi i trzeci sługa, ten, który otrzymał jeden talent. Zaczyna tłumaczyć się lękiem i dystansem do swojego pana. Ale czy to rzeczywiście strach przed utratą majątku mógł go aż tak przyblokować? Dziwne wydaje się też określenie powracającego pana (Jezusa) jako twardego (σκληρὸς – skleros). W tej samej Ewangelii czytamy przecież, jak Jezus mówi: Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie» (11,28-30). Czy rzeczywiście sługa miał podstawy, by uważać swojego Pana za… twardego? Oczywiście, że nie! Okazuje się więc, że powodem skarcenia sługi jest jego lenistwo i… nieszczerość w relacji z panem (Chrystusem). W końcu sługa zły otrzymuje swoją „nagrodę”. Zostaje wyrzucony na zewnątrz – w ciemności! Tam, gdzie jest/będzie płacz i zgrzytanie zębów. Jego jeden talent zostaje przekazany temu, który zyskał najwięcej. Jest to oczywiście nagroda za szczerość i lojalność względem pracodawcy. Jeśli ten dobry sługa aż tak przysłużył się dla Królestwa, pewne jest, że można powierzyć mu dużo więcej, w przeciwieństwie do tego lenia, na którym nie można w ogóle polegać, choć wiadomo, że warunki do rozwoju miał identycznie komfortowe jak jego koledzy.

Bez względu na to jaką funkcję pełnię w życiu, bez względu na to czy jestem księdzem, lekarzem, nauczycielem, biskupem, siostrą zakonną, mechanikiem samochodowym, mogę być pewien, że Bóg przekazał mi tyle, ile chciał przekazać. Otrzymałem tyle, ile było dla mnie przygotowane.

Pierwsze pytanie, które powinno rodzić się w nas po rozważeniu tego fragmentu Ewangelii niech więc brzmi następująco: co robię z bogactwem, z fortuną otrzymaną od Pana Boga? To, co Pan dał trzeba w sobie odkryć. Talenty, umiejętności, możliwości, powołanie, itp. Każdy ma coś ofiarowane! Nie powinniśmy mieć w żadnym wypadku kompleksów, chyba że niewłaściwie korzystam z tego, co zostało mi przekazane. Nawet jeśli dostrzegam w sobie jakąś niedoskonałość (a każdy patrzący realnie na swoje życie pewnie zobaczy w sobie braki w różnych dziedzinach życia) to i tak muszę mieć świadomość, że mam też w sobie coś, co otrzymałem tylko ja, mam swoją wyjątkowość, która także wpisana jest we mnie jako odzwierciedlenie doskonałości Boga. Teraz trzeba mi pielęgnować to dobro, które może dziać się przez moje ręce. I nie mogę się zrażać. Wspólnocie, w której jestem mam dawać to, w czym jestem dobry, najlepszy. Dawać, tzn. dzielić się, a nie egoistycznie i samolubnie patrzeć na siebie i narcystycznie się podziwiać.

Czas najwyższy zobaczyć swoją twarz w lustrze dzisiejszego Słowa. Nawet jeśli jestem dla siebie zbyt krytyczny, mam cały tydzień, ba, całe życie, by zobaczyć Bożą wyjątkowość, która jest we mnie, ten Boży talent. Dopiero później trzeba zacząć to pielęgnować, by wzrastało i wydawało plon… jak pieniądze w rękach bankowców, o których dziś powiedział mi Jezus.

opr. ks. Michał Powęska

 


 

 

XXXII Niedziela Zwykła 

 Mdr 6, 12-16; 1 Tes 4, 13-18; Mt 25, 1-13

 

Przypowieść i pannach roztropnych i nierozsądnych wchodzi w skład piątej mowy Jezusa zamieszczonej w Ewangelii św. Mateusza w rozdziałach 24 i 25. Jest to tzw. Mowa Eschatologiczna, która dotyczy królestwa niebieskiego, ale już w aspekcie ostatecznym, nowej rzeczywistości. Wielkie cierpienia, ucisk i kataklizm całego kosmosu to widoczne znaki końca ziemskiej, grzesznej rzeczywistości i początek nowej. Ta „nowa rzeczywistość” nastąpi w momencie przyjścia Syna Człowieczego (Pana Jezusa) na sąd ostateczny. Jednak nasza przypowieść jest drugą z trzech poświęconych tematowi odwlekania się czasu paruzji, czyli powtórnego przyjścia Pana Jezusa na ziemię. Pewne jest, że Chrystus przyjdzie i to nieoczekiwanie, dlatego niezbędna jest czujność i gotowość. Abyśmy mogli lepiej zrozumieć dzisiejszą ewangelię spróbujmy podzielić ją na mniejsze części.

Wersety 1-2 – wprowadzenie, w którym zostają przedstawieni bohaterowie; 3-5- opis przygotowań do uroczystości weselnej; 6-10- scena ukazująca przybycie oblubieńca, a jeszcze dokładniej 6-7 -nadejście oblubieńca, 8-9 -dylemat i zakłopotanie panien nierozsądnych i 10- wejście na ucztę; 11-12- postępowanie i powrót panien nierozsądnych; 13- końcowe pouczenie o tematyce eschatologicznej.  Jeżeli uważnie przeczytaliśmy przypowieść widać pewien cel przybycia panien i oblubieńca, a jest nim uczta weselna. Jak  więc ona wyglądała w czasach  ziemskiej działalności Jezusa, jakie były zwyczaje weselne w Izraelu? Otóż w czasach Jezusa małżeństwo było zawierane w dwóch etapach. Pierwszy z nich nosił nazwę qidduszin albo erusin. Były to jakby zaręczyny, pewien kontrakt ślubny na mocy którego ojciec panny młodej zrzekał się prawa do rozporządzania nią na rzecz męża. Od tego momentu młodzi stawali się rzeczywistym małżeństwem, chociaż dalej mieszkali oddzielnie, każdy u swoich rodziców. Drugi etap noszący nazwę nissu’in lub chuppa odbywał się mniej więcej rok później i był połączony z ucztą weselną, od tego momentu małżonkowie rozpoczynali wspólne życie. Ciekawostka- zazwyczaj małżeństwo zawierano bardzo młodo, narzeczona w wieku 12-13 lat,  a narzeczony 18. Do którego etapu zawierania małżeństwa odnosi się przypowieść? Ewangelista nie mówi wprost, choć kreśli elementy drugiego, gdyż uroczystości te były poprzedzone dwiema procesjami, z jednej strony towarzyszki narzeczonej, z drugiej pan młody ze swoimi gośćmi. Ceremonie weselne, które trwały nawet 7 dni rozpoczynały się wieczorem, a więc jednym z elementów wyposażenia weselników były lampy oliwne, pozwalające im poruszać się po ciemnych zaułkach, którymi kroczył orszak weselny.

Kiedy czytaliśmy inne przypowieści Pana Jezusa o Królestwie Niebieskim, zazwyczaj rozpoczynały się one od czasu teraźniejszego: „Królestwo Boże jest podobne do….”, w tym przypadku został użyty czasownik w formie czasu przyszłego (Futurum) strony biernej ὁμοιωθήσεται (homojothesetaj)– będzie podobne, będzie upodobnione. Możemy postawić kolejne pytanie: do kogo lub czego będzie podobne? Do 10 panien czy może do sytuacji opisanej na końcu przypowieści? Możemy śmiało odpowiedzieć, iż odnosi się to do zakończenia przypowieści, ponieważ wspomniany czas przyszły przenosi punk ciężkości na koniec, czyli zupełnie odmienne koleje obydwu grup panien.

Co oznacza liczba 10 panien? Zazwyczaj  są one rozumiane jako symbol ludzi, którzy przyjęli naukę Jezusa i oczekują Jego przyjścia.  Sama liczba 10 w świecie żydowskim wyraża pewną całość, ma charakter uniwersalistyczny. Ale zaraz na wstępie Jezus zauważa, że wśród jego wyznawców, uczniów są mądrzy (po grecku φρο’νιμοι- fronimoj) nieroztropni (μωροι- moroj), którzy nie myślą o przyszłości. Wyrazem tej nieroztropności jest zaniedbanie tego co konieczne, aby wejść z oblubieńcem na ucztę weselną.

Jak rozumieć oliwę, której zabrakło pannom nierozsądnym?  Jezus nie sprecyzował, nie dał jednoznacznej odpowiedzi, ale skoro miała dawać światło konieczne przy powitaniu oblubieńca, to wydaje się, że nawiązywał w ten sposób do swojej nauki, która jest światłem by poznać, chwalić i dojść z czasem do Ojca w Niebie.

Dlaczego panny roztropne nie pożyczyły oliwy, dlaczego były skąpe? Pan Jezus pokazuje jednoznacznie, że oczekiwanie na Jego przyjście nie może być połowiczne, byle jakie ale musi być nacechowane pełnym zaangażowaniem. Gdyby roztropne pożyczyły oliwy przywitanie oblubieńca nie byłoby tak uroczyste i dokonałoby się w okrojony i skromniejszy sposób, albo co gorsza, w ogóle by się nie odbyło w przypadku braku oliwy u wszystkich.

Kim jest oblubieniec i dlaczego się opóźnia? W przeszłości szczególnie w II i III wieku naszej ery wielu wybitnych ludzi w kościele zwanych ojcami kościoła wyjaśniało Pismo Święte alegorycznie, stąd w rol oblubieńca widzieli Jezusa Chrystusa, natomiast jego opóźnianie się co wyraża czasownik χρονιζω (hronidzo) oznacza opóźnianie się paruzji – czyli  raz jeszcze- ponownego przyjścia Chrystusa na ziemię.

Dlaczego po przybyciu na ucztę wchodzą tylko panny roztropne, a nie wpuszczone są panny nierozsądne? Ciekawe jest, że oblubieniec jest nieczuły na prośby panien nierozsądnych. Jezus przez tak drastyczne porównanie udowadnia, że w kwestii zbawienia w czasie paruzji (znamy już to słowo) będą się liczyć wyłącznie własne uczynki i osobista gotowość, w tym momencie człowiek będzie zdany wyłącznie na siebie wobec wymagającego i nieubłagalnego oblubieńca. W zasadzie można do tej sytuacji odnieść pewne powiedzenie: „jakie przygotowanie, życie, taka wieczność”.

ks. Marcin Biegas

 


 

XXXI Niedziela Zwykła 

Ml 1, 14b – 2, 2b. 8-10;  1 Tes 2, 7b-9. 13; Mt 23,1-12

 

          Na katedrze Mojżesza zasiedli uczeni w Piśmie i faryzeusze. Z oceny ich postawy wynika, że sami nie są autorytetem ze względu na brak spójności słów z życiem. Pomimo to posiadają autorytet od Kogoś innego, bardziej potężnego — od samego Boga. Takie rozdwojenie ma oczywiście daleko idące konsekwencje. Do wypełniania swej funkcji zostali przygotowani przez szkołę (szeroko rozumianą). Tam nauczyli się wszystkiego, zdobyli wiedzę. W tym „obszarze” są bezbłędni. Dobrze znają Pisma, Proroków, Prawo. Potrafią opisać szereg trudnych i nowych sytuacji i opatrywać je odpowiednimi paragrafami prawa. Jednak nie o to chodzi Bogu.

            Do czego wobec tego chce zachęcić Ewangelia? Aby zgłębić odpowiedź, trzeba cofnąć się do wydarzeń na górze Synaj. Tam Mojżesz otrzymał Dziesięć Słów, ale również doświadczył ogromnej bliskości Boga: z Nim rozmawiał, przebywał w Jego obecności, Jego poznawał. Potęga tego spotkania i jej zewnętrzne przejawy, kazały ludowi prosić, aby Mojżesz był ich pośrednikiem, aby on rozmawiał z Bogiem i przekazywał im to, co Bóg chce im powiedzieć. Spotkanie z Bogiem zmieniało też Mojżesza fizycznie, jego twarz jaśniała i dlatego musiał ją zakrywać. Relacja bliskości, szacunku, która zrodziła się między nimi, nakazała Mojżeszowi zniszczyć kamienne tablice wobec grzechu bałwochwalstwa narodu. Traktował to bowiem nie jako przekroczenie prawa, ale jako odrzucenie, zniszczenie relacji i zranienie przyjaciela.

           W Jezusie lud dostrzegał moc, która wypływała z Jego wnętrza. Była to inna nauka, płynąca z doświadczenia, a nie ze „szkoły”. Cały Jego autorytet płynął nie z tego, czego się nauczył i kogo reprezentuje, ale ze spotkania z Ojcem. W postawie Jezusa lud odkrywał, że Bóg jest bliski, że jest Ojcem.

       Bóg w Jezusie spotyka człowieka prawego i poszukującego woli Bożej, bardziej niż własnej wygody i szczęścia. Jezus spotyka Boga twarzą w twarz, co w przekonaniu Starego Testamentu wywoływało śmierć. Jezus jednak nie umiera, bo w Nim nie było egoizmu, myślenia o własnym szczęściu i zadowoleniu, ale było zawsze myślenie o Bogu jako Ojcu i o Jego woli. W tym upatrywał szczęście i spełnienie. Potwierdzeniem słuszności tej drogi jest Jego zmartwychwstanie!

ks. Bogdan Długosz SJ

 


 

XXIX Niedziela Zwykła 

Iz 45, 1. 4-6;  1 Tes 1, 1-5b; Mt 22, 15-21

 

          Historia Zbawienia pokazuje, że Bóg otacza zawsze opieką swój lud. W swoim działaniu najczęściej posługuje się ludźmi. To poprzez nich działa i pokazuje drogę. Nawet jak wola Boża nie spotka się z uznaniem i w końcu pobłądzą, Stwórca poprzez swoje zrządzenia jest w stanie z powrotem wyprostować wszystkie kręte ścieżki, na których się znaleźli poprzez swój brak zaufania i hołdowanie własnej pysze. 

            Pismo Święte podkreśla, że w relacji na linii Bóg – człowiek, inicjatywa stoi zawsze po stronie Boga. To On wybiera, zaprasza do wejścia w relację. Do człowieka należy tylko odpowiedzieć miłością na miłość. W przypadku odmowy, Bóg i tak znajdzie sposób, aby Jego wola się wypełniła.
To, że Pan Bóg jest inicjatorem spotkania z człowiekiem i że realizuje zawsze to, co zamierza potwierdza dzisiejsze pierwsze czytanie. Bóg przygotowuje wyzwolenie swojego ludu z niewoli. Narzędziem w Jego ręku będzie pogański król Cyrus. Królowi zostaje przypisany tytuł „pomazaniec”, który u narodu izraelskiego był również tytułem mesjańskim. Naród wybrany jest w centrum historii Zbawienia, lecz nie określa jej granic. Bóg wybiera również innych, nawet tych, którzy Go nie znają. Potwierdza to, że jest On panem historii oraz, że objawia się wszystkim narodom jako Bóg jedyny: „Ja jestem Pan, i nie ma innego. Poza Mną nie ma Boga”.

            Inicjatywa spotkania stoi zawsze po stronie Boga. Oznacza to, że ten wybór jest z Jego strony darem łaski. Objawia On swoją dobroć i miłość wszystkim. W ten sposób daje się poznać i stwarza każdemu możliwość, aby mógł za Nim pójść. „Potężny Cyrus, władca Persów, jest włączony do większego planu, który tylko Bóg zna i realizuje. To czytanie ukazuje nam teologiczny sens dziejów: wielkie epokowe przełomy, kolejne mocarstwa podlegają najwyższej władzy Boga; żadna władza ziemska nie może stanąć na Jego miejscu” (Benedykt XVI, homilia 16.10.2011).

            Dzisiejsza Ewangelia porusza kwestię zasadności płacenia podatku Cezarowi. Jezus zostaje wystawiony na próbę, poprzez przewrotne pytanie faryzeuszów: „Czy wolno płacić podatek Cezarowi, czy nie?”. Zadanie to miało na celu wywołanie niezgody pomiędzy zwolennikami i przeciwnikami płacenia podatku okupantowi rzymskiemu i tym samym pochwycenie Jezusa na podżeganiu do buntu, ewentualnie na zaakceptowaniu sytuacji niewoli.  Jezus odpowiadając wypowiada słynne zdanie, które powtarzane jest nie tylko w kontekście opisanej sytuacji, lecz znalazło również swoje miejsce w kulturze wszystkich epok: „Oddajcie Cezarowi to, co należy do Cezara, a Bogu to, co należy do Boga”. 

            Jezus mówi, że podatek należy zapłacić, ponieważ na monecie znajduje się wizerunek Cezara. Odpowiedź Jezusa jest lepiej zrozumiała w kontekście słów, które wypowiada później przed Piłatem: „Królestwo moje nie jest z tego świata” (J 18, 36). 

            Królestwo Zbawiciela nie przypomina królestw ziemskich, a Jego władanie nad narodami nie ma nic wspólnego z uciskiem i przemocą. 
Druga część odpowiedzi udzielonej przez Jezusa podkreśla, że „Bogu należy oddać to, co należy do Boga”. „Podatek winien być zapłacony Cezarowi, bo na monecie jest jego wizerunek; ale człowiek, każdy człowiek, nosi w sobie inny wizerunek – obraz Boga, a zatem Jemu, i tylko Jemu, każdy jest winien własne życie” (Benedykt XVI, homilia 16.10.2011).

            Chrześcijanin nigdy nie może stracić z oczu tego, co jest najważniejsze – Zbawienia. Poprzez oddanie „tego, co Boskie Bogu” zwraca się ku swemu Stwórcy, dostrzega w sobie Jego oblicze i wie, że dzięki temu będzie zawsze na właściwej drodze.

 



 

XXVIII Niedziela Zwykła 

Iz 25,6-10a; Ps 23,1-6; Flp 4,12-14,19-20; Mt 22,1-14

 

          Dane nam przez Kościół Słowo Boże porównuje bliskie obcowanie człowieka z Bogiem do wybornej uczty. To sam Bóg ją dla nas przyrządza, zastawia stół, zaprasza. Jeśli lubimy biesiadować z przyjaciółmi, możemy domyślić się, jak wielką radością będzie to ucztowanie z Bogiem. Kiedy gromadzimy się na Eucharystii, to już wtedy mamy możliwość zakosztowania Bożej uczty.

            Ludzie zaproszeni przez króla, zawiedli. Jak jeden mąż, i to z lekceważeniem, odmówili zaproszenia na ucztę. Żaden nawet nie próbował usprawiedliwić swojej absencji, nieobecności na uczcie. Tak jakby nic się nie stało, każdy z nich poszedł do swoich zajęć. Byli i tacy, którzy zareagowali przemocą wobec posłańców króla, wywołując gniew władcy i jego zdecydowaną, ostrą reakcję. Stracili nie tylko zaproszenie, ale życie i mienie. Wydawało się, że uczta jest zagrożona, że będzie trzeba ją odwołać. Ale władca znalazł rozwiązanie. Kazał sługom zaprosić na ucztę wszystkich, których spotkają na rozstajnych drogach królestwa. Sala zapełniła się biesiadnikami. Uczta została uratowana.

            Być zaproszonym na przyjęcie urodzinowe, imieninowe, weselne to zaszczyt, wyróżnienie. Być zaproszonym przez Pana Boga to niejako suma zaszczytów i wyróżnień. On w każdą niedzielę zaprasza mnie na ucztę szczególną, na Ucztę Eucharystyczną. On bardzo liczy na moją osobistą obecność, liczy na to, że nie odmówię Jego zaproszeniu. Jednak także mnie często nachodzi pokusa odmowy, zlekceważenia Tego, który mnie zaprasza. Tyle jest po ludzku bardziej atrakcyjnych spraw, którymi mogę się zająć w ten świąteczny dzień, niż brać udział we Mszy Świętej;  choćby niedzielne zakupy, spanie do oporu, sprzątanie, pranie. Na wiele sposobów mogę zranić Boże Serce. Ale tak naprawdę największym rannym będę ja sam. A ta rana krwawi mocno i tylko sam Pan może ją skutecznie uleczyć. Zaproszeni z przypowieści zlekceważyli zaproszenie, stracili także życie i mienie. Zlekceważyć Eucharystię to niejako wykluczyć się z grona zbawionych, to zamknąć serce na moc życia, które niesie Ofiara Jezusa Chrystusa. Czy nie lepiej jednak przyjąć zaproszenie i wziąć udział w Uczcie, a potem jej mocą pięknie i mądrze żyć?

            Wszystko sprowadza się do tego, aby człowiek mógł poczuć się "ubranym w odświętną piękną szatę". "Z pewnością tą szatą jest - jak pisze św. Augustyn - to, co posiadają jedynie dobrzy, ci, którzy uczestniczą w święcie…".  Możemy więc zapytać, czy chodzi tutaj o sakramenty? Może o chrzest? Bez chrztu trudno jest człowiekowi przyjść do Boga, a z drugiej strony niektórzy przecież otrzymują chrzest, a mimo to nie przychodzą do Boga… Być może chodzi o ołtarz lub to, co z niego otrzymujemy? Jednakże przyjmując Ciało Chrystusowe, niektórzy spożywają i piją swoje własne potępienie (1 Kor 11,29). Czym więc jest ta szata? Postem? Źli też poszczą. Uczęszczaniem do kościoła? Źli ludzie, tak samo jak inni, przychodzą do kościoła.

            Czym więc jest ta szata odświętna? Apostoł Paweł mówi nam: „Celem zaś nakazu jest miłość, płynąca z czystego serca, dobrego sumienia i wiary nieobłudnej.” (1 Tm 1,5). Oto ta szata odświętna. Nie chodzi o jakąkolwiek miłość, gdyż często widzi się nieuczciwych ludzi kochających innych, ale nie ma u nich tej miłości „płynącej z czystego serca, dobrego sumienia i wiary nieobłudnej”. Zatem ta miłość jest odświętną szatą.

            Jak wiele dóbr jest nieużytecznych, jeśli brakuje tego jednego! I gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją, a ciało wystawił na spalenie, lecz miłości bym nie miał (1 Kor 13,3), nic bym nie zyskał, gdyż mogę działać tylko przez miłość uwielbienia. „Lecz miłości bym nie miał, nic bym nie zyskał”. Oto odświętna szata. Zastanów się, czy ją masz i przyjdź z ufnością na ucztę Pana. Módl się także, aby grzech nie zamknął ci drogi do uczestnictwa w Uczcie Godów Baranka.

 


 

XXVII Niedziela Zwykła

Iz 5, 1-7; Flp 4, 6-9; Mt 21,33-43

 

Ci, którym Jezus opowiada przypowieść, uważnie Go słuchają. Nieszczęścia innych są zawsze bardziej interesujące niż ich sukcesy (i przynoszą więcej przyjemności). Nie udały się zbiory winogron. Jest to symbol zdradzonej miłości. Właściciel winnicy jest dziwnym człowiekiem. Nie oczekiwał owoców dla siebie. Chciał, aby cieszyli się nimi inni. Człowiek kochający nie pragnął przede wszystkim odpowiedzi na swoją miłość, lecz chciał, aby ona przyniosła owoc dla innych.

Winnica, która nie odpowiedziała na oczekiwania, zostanie porzucona, pozostawiona bez obrony, zmieni się w ugór, będzie zdana na łaskę przechodzących przez nią zwierząt. To, co ją czeka, to zniszczenie. Kim jest ten zakochany, który może wydawać rozkazy chmurom, aby nie dawały deszczu? To jest Pan.

Największym nadużyciem człowieka jest uznanie siebie za prawdziwego właściciela winnicy, własnego życia, misji zleconej mu przez Boga. Ktoś taki znajduje sobie wygodne miejsce, broni się przed interwencjami (również słusznymi), przez które właściciel usiłuje uzyskać to, co mu się prawdziwie należy. To ja jestem tym człowiekiem, który jest w stanie zatrudnić specjalistów (wynagradzanych lepiej od szarych robotników pracujących w winnicy), którzy bronią moich praw i przywilejów. Jednak zapomniałem o tym, w jakim celu zostałem wezwany do winnicy. Moim zadaniem jest wydawać owoce.

O wierności nie mówi moja obecność w winnicy, lecz przynoszenie w niej owoców. Winnica i owoce w niej nie należą do mnie. Te owoce to: sprawiedliwość, wolność, miłosierdzie, braterstwo, przebaczanie wrogom itd. Człowiek jest w stanie zawieść oczekiwania Boga. Tak wiele zawiedzionych oczekiwań. Są to nasze upadki. Jeśli przynosimy owoce, bywają one zatrute. Nie czekamy na to, aby Bóg pozbawił nas winnicy. Sami się jej pozbawiamy i zarazem pozbawiamy jej innych. Bóg nie może nawet innym rolnikom przekazać winnicy, ponieważ ona nie istnieje. Stała się śmietniskiem.

 

 


 

XXVI Niedziela Zwykła

 

           Dany jest nam czas na mówienie "nie chcę", ale również dany jest nam czas na wyrażenie swojego "chcę". Jest czas na zmianę zdania, myślenia, postawy. Jest, krótko mówiąc, czas opamiętania się. Jest chwila na uczynienie tego, czego wczoraj nie chciałem.
            Jezus mówi słowa, które mogłyby być uznane za bluźnierstwo: "celnicy i nierządnice wchodzą przed wami do Królestwa". A przecież właśnie oni byli uznani za godnych pogardy, nieczystych. Celnicy i nierządnice posiadali jednak to, czego nie mieli niektórzy uczeni w Piśmie i faryzeusze, towarzyszyła im świadomość zła, które ogarnia ich życie. Ludzie traktowani z pogardą, "oddychający" na co dzień tym, co nieczyste, a jednak noszący w sobie wiarę możliwą, aby wejść do Królestwa.

            Żeby wierzyć, trzeba się opamiętać! To, co niezwykłe, możemy dostrzec w postawie syna mówiącego "nie chcę". Rzeczywistoœść, którą ukazują celnicy i nierządnice to prawda, że: można przejść od siły grzechu – do mocy wiary, od mocy namiętności –do mocy miłości Boga, od upokorzenia  do wywyższenia, od życia w pogardzie do doœświadczenia uznania, szacunku, spojrzenia Jezusa. 

XII Niedziela Zwykła  /A/

Jr 20, 10 – 13; Rz 5, 12 – 15; Mt 10, 26 – 33

            W 2005 roku przeprowadzono w Polsce badania ankietowe dotyczące kondycji psychicznej jej mieszkańców. Wśród pytań zadanych wybranej populacji znalazło się jedno dotyczące osiągnięć naszych rodaków. Na pytanie: „Z czego jesteś dumny?” odpowiadano różnorako, a statystyczne ujęcie otrzymanych rezultatów jest następujące: 

1. Jestem dumny z moich osiągnięć zawodowych (64,3%).
2. Jestem dumny z mojej rodziny i z tego, co osiągnęła (56,2%).
3. Jestem dumny z tego, że papież był Polakiem (54%).
4. Jestem dumny ze swojego nazwiska i z rodziny, z której pochodzę (41,3%).
5. Jestem dumny z tego, że jestem Polakiem (35,2%).
6. Jestem dumny z tego, że jestem katolikiem (3,5%).

Czyż z tych badań nie wynika, że statystyczny Polak, choć przyznaje się do swego katolicyzmu, to większej wagi do tego faktu nie przywiązuje? A przecież w dzisiejszej Ewangelii Jezus wyraźnie zapewnia: Do każdego, który się przyzna do Mnie przed ludźmi, przyznam się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie. Czyż nie jest to wezwanie do świadectwa i dumy ze swej wiary? Dlaczego jednak wielu katolików nie potrafi manifestować swojej radości z przynależności do Kościoła, a wręcz przeciwnie – skrzętnie ten fakt ukrywa?

Jako przykład podam dialog zasłyszany w pewnej firmie. Otóż w biurze projektowym toczy się rozmowa na temat Kościoła i księży. Jeden z rozmówców, przykładnie chodzący na Mszę Świętą w niedzielę, nie reaguje na pomówienia i dowcipy ukazujące duchowieństwo w złym świetle. Poproszony o komentarz mówi: „Odczepcie się ode mnie. Ja z czarnymi nie mam nic wspólnego. To, że chodzę do kościoła, jeszcze nic nie znaczy”. Czyż nie jest to klasyczny przykład współczesnego zaparcia się swej wiary? Skąd ta swoista schizofrenia religijna?

Odpowiedź na to pytanie można odnaleźć w dzisiejszej Ewangelii. Jezus mówi: Nie bójcie się ludzi. Mistrz z Nazaretu przekonuje każdego człowieka, że opinia publiczna jest mniej ważna. Najistotniejsze jest trwanie przy Panu. Św. Jan Paweł II na kilka miesięcy przed Rokiem Jubileuszowym mówił do młodych: Drodzy przyjaciele, zwłaszcza wy, boleśnie zranieni przez życie, bądźcie pewni, że Chrystus jest bliski ludziom prostego serca i że wzywa wszystkich do prawdziwego szczęścia; głoście swoim istnieniem, jak dobrze jest wiedzieć, że On kocha nas i akceptuje takich, jacy jesteśmy; ukazujcie, że wszyscy ludzie są braćmi i siostrami, których należy kochać i akceptować! Na progu Wielkiego Jubileuszu Roku 2000 nie lękajcie się podjąć decyzji, że pójdziecie za Chrystusem, zawierzycie Mu do końca i będziecie głosicielami Jego miłości!

«Pokój ludziom dobrej woli»: 2000 lat temu światłość rozjaśniła świat. Dzisiaj sam Jezus prosi was, byście rozpalili ogień na ziemi – ogień Jego miłości. Raz rozniecona miłość nie może zatrzymać się w drodze, musi się rozszerzać, płonąć i rozlewać swój żar jak najdalej! Nie lękajcie się, Duch Pański poprzedza was i towarzyszy wam na drodze codziennego życia; On jest waszym przewodnikiem i światłem.

Zatem aby być dumnym ze swej przynależności do Chrystusa, trzeba pokonać lęk przed opinią publiczną, przed ludźmi, którzy inaczej myślą. Tylko wtedy człowiek może opanować pokusę zaparcia się Chrystusa. Św. Jan Paweł II, komentując dzisiejszą Ewangelię w Gorzowie Wielkopolskim, mówił: Człowiek odczuwa naturalny lęk nie tylko przed cierpieniem i śmiercią, ale także przed odmienną opinią bliźnich, zwłaszcza gdy ta opinia posiada potężne środki wyrazu, które łatwo mogą się stać środkami nacisku. Dlatego człowiek często woli się przystosować do otoczenia, do panującej mody niż podjąć ryzyko świadectwa wierności Chrystusowej Ewangelii. Męczennicy przypominają, że godność ludzkiej osoby nie ma ceny, że «godności tej nie wolno nigdy zbrukać ani działać wbrew niej, nawet w dobrej intencji i niezależnie od trudności». «Cóż bowiem za korzyść stanowi dla człowieka zyskać świat cały, a swoją duszę utracić?». Dlatego jeszcze raz powtarzam za Chrystusem: «Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, lecz duszy zabić nie mogą».

Papież Polak całym swoim życiem pokazał, że można trwać do końca przy Chrystusie, choć wszystko sprzysięga się przeciw tej wierności. Św. Jan Paweł II cierpiący, kontestowany przez pewne środowiska, krytykowany za rzekomo konserwatywne poglądy, trwał przy Panu, wszędzie przyznając się do Niego. W czasie pożegnania podczas jednej z pierwszych pielgrzymek do Polski zachęcał wszystkich Polaków do wierności Bogu: W dniu inauguracji mego pontyfikatu na placu św. Piotra wypowiedziałem słowa, które pragnę tu dzisiaj powtórzyć: «Nie obawiajcie się przyjąć Chrystusa. Otwórzcie, a nawet otwórzcie na oścież drzwi Chrystusowi. Jego zbawczej władzy otwórzcie granice państw, ustrojów ekonomicznych i politycznych, rozległych dziedzin kultury, cywilizacji, postępu. Nie lękajcie się, Chrystus wie, co jest w człowieku. Tylko On to wie. Dzisiaj tak często człowiek nie wie, co nosi w sobie, w głębi swej duszy, swego serca. Pozwólcie zatem, proszę was, błagam was z pokorą i ufnością, pozwólcie Chrystusowi mówić do człowieka. Tylko On ma słowa życia, życia wiecznego». Jak widać, słowa te nie straciły na aktualności.

Opracował: ks. Tomasz

XI Niedziela Zwykła  /A/

Wj 19, 2 – 6a; Rz 5, 6 – 11; M 9, 36 – 10, 8

 

Tak często praca zawodowa rozbija się o trudności organizacyjne. Wielu czeka na to, że ktoś stworzy organizację doskonałą, że da niezawodne instrukcje. Ale nawet najdoskonalsze koncepcje nic nie znaczą, jeśli wszyscy pracownicy nie troszczą się o ich wykonanie. Piękne wskazówki mogą leżeć w szufladzie, a pracownicy będą popełniać podstawowe błędy i dzieło wyda marne owoce.

Ewangelista wspomina o organizacyjnym wymiarze działalności Jezusa: wybór apostołów, udzielenie im potrzebnych uprawnień, wysłanie ze ściśle określonymi zadaniami i dokładna instrukcja, którą im zostawił. Oto model organizowania pracy odgórnie. Uczniowie będą musieli wykonać swoje zadania i rozliczyć się z nich przed Mistrzem. Póki On żyje, mogą traktować tę misję jako praktykę, ale gdy Go zabraknie, będą musieli wspólnie decydować o swej działalności. Jezus uczy odpowiedzialności za wykonane zadania we współpracy z innymi.

Jesteśmy potrzebni Jezusowi jako świadkowie środowiska Bożego. O naszej godności czytamy już w Księdze Wyjścia: „wy będziecie Mi królestwem kapłanów i ludem świętym”. Zarówno królestwo, kapłaństwo, jak i lud muszą być zorganizowane. Dlatego Kościół posiada formę zorganizowanej społeczności i winien być szkołą dobrej organizacji.

Chrześcijanin pod okiem Jezusa uczy się organizowania swego życia i współpracy z innymi. Dodatkowo posiada siłę, która potrafi organizować nawet najtrudniejsze środowiska.

Opracował: ks. Tomasz

 

Zesłanie Ducha Świętego /A/

Dz 2, 1 – 11; 1 Kor 12, 3b – 7. 12 – 13; J 20, 19 – 23

 

Dla wyjaśnienia tajemnicy napełnienia Duchem Świętym można się posłużyć pewnym porównaniem. To jest podobnie jak z „wypełnieniem” drutu energią elektryczną. Drut staje się przewodnikiem tej energii.

Człowiek wypełniony Duchem Świętym staje się Jego przewodnikiem, przewodnikiem Bożej energii. To stanowi podstawę świadectwa. Świadectwo Ewangelii nie jest dowodem możliwości człowieka, ale dowodem tego, że on jest pod napięciem energii Boga. Widać to w jego decyzjach i wyborach, w jego słowach i postawie. Święci to przewody pod wysokim napięciem Bożej energii.

Sakramentem, który wypełnia człowieka Bożą energią jest bierzmowanie. Przygotowanie do niego polega na uświadomieniu owej jakościowej zmiany w życiu po otrzymaniu Ducha Świętego. Jeśli ktoś nie jest do tego przygotowany, pozostanie jedynie w wymiarze doczesnym w skali swych możliwości czysto ludzkich. Kto otrzymał bierzmowanie, winien wiedzieć, że w rękach Boga jest już przewodem, którym energia mądrości chce się posługiwać.

Kościół co roku obchodzi uroczyście wspomnienie Zesłania Ducha Świętego, by przypomnieć bierzmowanym ich nowe zadania. W tym dniu stajemy przed pytaniem, w jakiej mierze jesteśmy przewodnikiem energii Boga, a w jakiej nie. Pamiętajmy, że drutem może się posługiwać książę tego świata. Natomiast jeśli ów drut jest pod napięciem energii Bożej, posługuje się nim tylko Bóg. Szatan chce go za wszelką cenę zniszczyć, bo energia Boża na świecie nie jest mile widziana.

Niech to krótkie rozważanie będzie dla nas wezwaniem do refleksji nad naszym powołaniem.

 

Opracował: ks. Tomasz

Wniebowstąpienie Pańskie /A/

Dz 1, 1 – 11; Ef 1, 17 – 23; Mt 28, 16 – 20

Obchodzimy uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego, którą przeniesiono na niedzielę. W wielu krajach już od dawna stosowana była taka praktyka, u nas – chociaż dzień tego święta nie był respektowany przez władze i był normalnym dniem pracy – zachowywano jego charakter jako tak zwanego święta zniesionego, udzielając dyspensy od świątecznego powstrzymania się od pracy i obowiązku uczestnictwa w Mszy Świętej, o ile zachodziła taka konieczność. W tej sytuacji wielu wierzących nie miało okazji do głębszego zastanowienia się nad tajemnicą Chrystusowego wstąpienia do nieba, a jest to ważna tajemnica w cyklu rozważania zbawczego dzieła Jezusa, a także posiada istotne wezwanie dla naszego życia religijnego. Dziś, gdy tajemnicę tę możemy rozważać w dniu wolnym od pracy, postarajmy się lepiej zgłębić jej treść.
Uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego jest wyjątkowa pod tym względem, że zarówno pierwsze czytanie, wyjęte z Dziejów Apostolskich, jak i Ewangelia opisują to samo wydarzenie zbawcze. Wniebowstąpienie Jezusa jest tajemnicą wiary. Zmartwychwstały Chrystus nie podlegał ograniczeniom przestrzeni, przechodził przez zamknięte drzwi, Jego odejście do nieba nie należy do kategorii podróży, jakie odbywał w czasie ziemskiego życia, jest to zupełnie inne odejście niż na przykład odejście z Nazaretu, gdy wyruszał, by nauczać.
Już w dniu zmartwychwstania Chrystus mówił do Marii Magdaleny, że wstępuje do swego Ojca. Ponieważ jednak po zmartwychwstaniu nastąpiła seria chrystofanii, czyli objawień się Zmartwychwstałego, rozważanie tajemnicy powrotu Syna Bożego na Jego miejsce po prawicy Ojca oddzielono od tajemnicy zmartwychwstania, i tak powstały wzmianki o wstąpieniu do nieba, a konsekwentnie i odrębny dzień obchodzenia tej tajemnicy.
Określenie prawicy Ojca ma również znaczenie teologiczne, a nie lokalne, nawiązuje do idei królowania, częstej w stosunkach politycznych starożytnego świata, gdy ojciec i syn równocześnie sprawowali funkcje królewskie. Zasiadanie po prawicy Ojca jest współudziałem w Jego boskiej naturze, z którą Jezus złączył w sobie naturę ludzką, dzięki której dokonał zbawczego dzieła i która w tajemnicy wniebowstąpienia dostępuje wywyższenia.
W myśli Nowego Testamentu wyróżniamy dwa ujęcia Chrystusowego wstąpienia do nieba. Jedno ujmuje to wydarzenie jako tryumfalny powrót Zwycięzcy, wzorowany na uroczystym powitaniu wodza, który wracał po odniesionym zwycięstwie. Zwłaszcza w Rzymie zwycięskim wodzom przyznawano prawo tryumfu, uroczystego wejścia do miasta wraz ze zwycięską armią, która prowadziła ze sobą pojmanych jeńców i wnosiła zdobyte łupy. Do takiego obrazu nawiązuje św. Paweł w perykopie z Listu do Efezjan. Chrystus pokonał Szatana i wrogie potęgi, wraca do Ojca i zasiada ponad „wszelką zwierzchnością i władzą, i mocą, i panowaniem, i ponad wszelkim innym imieniem wzywanym nie tylko w tym wieku, ale i w przyszłym. I wszystko poddał pod Jego stopy”.
Drugie ujęcie znajdujemy w Liście do Hebrajczyków. Wniebowstąpienie Chrystusa jest tam przedstawione jako wejście arcykapłana do wiecznego przybytku. Jak ziemski arcykapłan w religii Izraela raz w roku wchodził do miejsca najświętszego w świątyni w Dniu Pojednania i wnosił tam ofiarę składaną Bogu na przebłaganie, tak Chrystus z ofiarą samego siebie wstępuje do sanktuarium niebieskiego, aby tam po prawicy Ojca być na zawsze pośrednikiem naszego zbawienia przez pojednanie, to jest odpuszczenie grzechów.
Oba przedstawienia nie są ze sobą sprzeczne, ale dopełniające się. Rozważając tajemnicę wniebowstąpienia, starajmy się przez dobre uczynki i przezwyciężanie zła w sobie i wokół siebie dołączyć do Chrystusa, aby stać się uczestnikami Jego tryumfalnego wejścia do nieba, jak wojska prowadzone przez wodza do boju uczestniczyły w jego tryumfie. A jeżeli w tym podążaniu za Chrystusem przeszkodą są nasze grzechy, to pamiętajmy, że mamy w niebie Jezusa, który wstawia się za nami. Z Jego mocą można wiele przezwyciężyć.

Opracował: ks. Tomasz

VI Niedziela Wielkanocna /A/

Dz 8, 5 – 8. 14 – 17; 1 P 3, 15 – 18; J 14, 15 – 21

 

Święty Piotr pisze ważne słowa: „Chrystusa miejcie w sercach za Świętego i bądźcie zawsze gotowi do obrony wobec każdego, kto domaga się od was uzasadnienia tej nadziei, która w was jest”. Dziś niewielu ludzi jest gotowych do obrony wartości swego serca. Tymczasem w ewangelicznej szkole trzeba doskonalić sztukę obrony skarbu naszej wiary. Jezus był wielokrotnie atakowany i za każdym razem umiał się obronić. W Ewangelii trzeba to odczytać i w swoim życiu opanować tę sztukę. Przypomnijmy jej zasadnicze elementy.

Pierwszym jest schodzenie z linii ciosu. Jezusa kilka razy chcieli zabić, a On się odsuwał. Dopiero wówczas, gdy Ojciec Go wezwał do przyjęcia uderzenia, zaczekał na nie, wyszedł mu na spotkanie i dobrowolnie zgodził się na cios, który wymierzono Mu w Getsemani. W życiu trzeba wielokrotnie zamilknąć, gdy prowokacyjnie uderzają nas z powodu naszej wiary czy postawy moralnej. Nie ma o co prowadzić kłótni z tymi, którzy wartości ducha nie uznają, a prowokują nas do zabierania głosu.

Druga umiejętność polega na opanowaniu stosowania kontry. Jezusa atakują, a On kontruje. Pytają Go, czy należy płacić podatek cezarowi, czy nie. Każda odpowiedź byłaby klęską Jezusa. On pyta, czyj wizerunek jest na denarze. Odpowiadają, że cezara. On oznajmia, by oddali to, co jest cezara, cezarowi; co jest Bożego, Bogu. Takiej kontry nikt się nie spodziewał. Chcą oskarżyć Jezusa i przyprowadzają Mu kobietę schwytaną na cudzołóstwie. Jeśli stanie po jej stronie, zostanie zabity, bo złamie prawo Mojżesza, a jeśli stanie po stronie Mojżesza, ludzie od Niego odejdą, bo jest mniejszy od Mojżesza. Jezus oświadcza: „Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci na nią kamień”. To jest kontra, w której ujawnia się wielkość Jezusa. Po chwili wokół kobiety nie było ani jednego oskarżyciela.

Trzecia umiejętność potrzebna do obrony Ewangelii polega na wyborze w ataku najwyższych wartości. Takie decyzje są połączone ze stratami. Są to jednak mądre straty, które zawsze nagradza Bóg, i to w sposób stokrotny. W rzeczywistości traci się to, co przemija, a zyskuje to, co jest wieczne.

Chrześcijanin, jeśli chce we współczesnym świecie ocalić swe wartości, musi opanować sztukę ich obrony. Warto pod tym kątem przeczytać całą Ewangelię.

Opracował: ks. Tomasz

V Niedziela Wielkanocna /A/

Dz 6, 1 – 7; 1 P 2, 4 – 9; J 14, 1 – 12

            W ten święty dzień tygodnia przychodzimy do kościoła na spotkanie z Chrystusem zmartwychwstałym. Jako lud Panu Bogu na własność przeznaczony świętujemy pamiątkę śmierci i zmartwychwstania Pana Jezusa. Podczas Eucharystycznej Ofiary przeżywamy tajemnicę naszego odkupienia, budujemy wspólnotę Kościoła Chrystusowego i wypełniamy nasze powołanie. Najświętsza Ofiara, w której uczestniczymy, umocni nas w budowaniu świątyni wznoszonej na kamieniu węgielnym, którym jest Jezus Chrystus. Czytania liturgiczne piątej niedzieli wielkanocnej wprowadzają nas w tajemnicę Kościoła. W pierwszym czytaniu z Dziejów Apostolskich słyszymy, że do Kościoła Chrystusowego należą ludzie razem ze swymi kłopotami i trudnościami codziennego życia, które trzeba rozwiązywać. Do Kościoła w Jerozolimie zaczęli przybywać nie tylko Hebrajczycy, ale także helleniści pochodzenia pogańskiego. Wśród  nich były także wdowy, które z pobożności zamieszkały w Jerozolimie. Konieczność niesienia im pomocy stała się okazją do utworzenia instytucji diakonów, pełniących działalność charytatywną. Apostołowie oddali się posłudze głoszenia słowa Bożego i udzielania sakramentów świętych, a diakonom powierzono doczesne potrzeby wiernych, zwłaszcza biednych, wdów, sierot, chorych, więźniów i wszystkich potrzebujących.

            Drugie czytanie z Listu św. Piotra Apostoła ukazuje widzialne oblicze i struktury Kościoła Chrystusowego. Jezus Chrystus jest żywym kamieniem węgielnym. Na Nim Bóg zbudował Kościół jako duchową świątynię. Jej żywymi kamieniami są ludzie wierzący, których św. Piotr nazywa wybranym plemieniem, królewskim kapłaństwem, świętym narodem i ludem Bogu na własność przeznaczonym. Jezus Chrystus jest żywym kamieniem odrzuconym, zabitym, nadal żyjącym na wieki. Św. Piotr pisze także do nas, wierzących ludzi, że przez sakrament Chrztu Świętego należymy do Kościoła i mamy udział w powszechnym kapłaństwie wiernych. Przez Chrystusa składamy duchowe ofiary miłe Bogu: wiarę, miłość i służbę. Jako lud kapłański, przeznaczony Bogu na własność, uczestniczymy w Eucharystycznej Ofierze w niedziele i święta, zanosimy modlitwy i wypełniamy nasze codzienne obowiązki.

            W Ewangelii mówi nam Jezus Chrystus, że Jego Kościół, zbudowany z żywych kamieni, jest Kościołem pielgrzymującym do domu Ojca. Chrystus jest Drogą, Prawdą i Życiem. Pan Jezus mówi do swoich uczniów, aby nie załamali się i nie zwątpili, kiedy powróci do Ojca: „Gdy odejdę i przygotuję wam miejsce, przyjdę powtórnie i zabiorę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem”. Pan Jezus pociesza uczniów i obiecuje powtórnie przyjście, aby zabrać ich do siebie, a kiedyś także nas, byśmy żyli w domu Ojca.

            Przeżywając piątą niedzielę Wielkanocy pomyślmy, że od Zmartwychwstania Chrystusa upłynęło już dwa tysiące lat, a my wciąż pytamy: Czy świat chrześcijański stał się bardziej ludzki? Czy opłacił się wielki wysiłek Boga: Wcielenie, Krzyż, Zmartwychwstanie? Jako uczniowie Chrystusa mamy czynić w życiu to, co On czynił: miłować Miłością, która ma swe źródło w Bogu.

Opracowała: s. Teresa Opydo

IV Niedziela Wielkanocna /A/

Dz 2, 14a. 36 – 41; 1 P 2, 20b – 25; J 10, 1 – 10

 

Piotr używa ostrego sformułowania, gdy mówi o Żydach, którzy zamordowali Chrystusa, „przewrotne pokolenie”. Wzywa też wszystkich dobrej woli, aby nabrali dystansu wobec tych ludzi. Mówi wprost: „Ratuj się, kto może, z tego przewrotnego pokolenia”.

Którzy to są ludzie przewrotnego pokolenia? To ci, którzy wykorzystują religię do własnych interesów. Ich pieniądze, stanowiska, popularność zasłaniają im żywego Boga, a jeśli On się upomina, to stają się Jego wrogami.

Kryzysy w życiu Kościoła często tu mają swoją przyczynę. Instytucje religijne i ludzie, którzy je tworzą, popełniają błąd podobny do tego, który popełnił Sanhedryn i Najwyższy Kapłan w czasach Chrystusa. Krytyka instytucji religijnych jest więc wpisana przez św. Piotra w życie środowisk wyznających wiarę. Trzeba się z nią liczyć, bo ma na uwadze prawdziwe dobro.

Piotr podaje również sposób zachowania. „Ratujcie się spośród tego przewrotnego pokolenia!”. Trzeba więc nabrać dystansu do niego. Trzeba zbliżyć się do Boga i do ludzi żyjących w prawdzie i szukających mądrości. Piotr wiedział, że takie środowisko jest. On był jego głową. Wzywał więc do budowania środowiska żyjącego Ewangelią. I to jest właściwe rozwiązanie. Ten, kto szuka, znajduje.

Błędem jest wchodzenie w walkę z pokoleniem przewrotnym. Szkoda na to energii i siły. Sam Bóg rozegra z nim swoją partię. Wypaczenie życia religijnego i potraktowanie go jako narzędzia własnych interesów obraca się wcześniej czy później przeciw tym, którzy tak postępują. Uczniowie Jezusa w takich napięciach nie powinni uczestniczyć, oni bowiem są wezwani do budowy cywilizacji miłości, a nie do sporów z instytucjami.

Warto się nad tym zastanowić i przemyśleć tę wypowiedź św. Piotra. Krytyka Kościoła ma swe korzenie już w Ewangelii, sięgając do krytyki środowiska instytucji świątynnej w Jerozolimie. Norma podana przez św. Piotra obowiązuje także dziś i będzie obowiązywać do końca świata. Instytucje religijne są potrzebne, ale ich wykrzywienia są niebezpieczne.

Opracował: ks. Tomasz

III Niedziela Wielkanocna /A/

Dz 2, 14. 22b – 32; 1 P 1, 17 – 21; Łk 24, 13 – 35

 

            Jakże dzisiaj nie przejąć się słowami, które wypowiedział Chrystus do uczniów: „O nierozumni, jak nieskore są wasze serca do wierzenia we wszystko, co powiedzieli prorocy”. Czyż ten swoisty wyrzut sumienia, który wychodzi z ust Jezusa, nie powinien poruszyć i nas? Odczytać przesłanie proroków – oto zadanie dla współczesnego człowieka.

Niewątpliwie prorokiem przełomu drugiego i trzeciego tysiąclecia stał się Jan Paweł II. Zmarł 2 kwietnia 2005 roku, w wigilię Niedzieli Miłosierdzia Bożego, a dziś jest już świętym. Jego osobisty lekarz prof. Renato Buzzonetti, czuwający przy nim do ostatnich chwil, powiedział: „Jego ciało było wizerunkiem męki, tym wyraźniejszym tuż po Wielkanocy, w której Ojciec Święty chciał uczestniczyć mimo dręczącej go coraz bardziej z każdym dniem choroby. Lecz papież znosił ją z pogodą ducha, powiedziałbym wręcz – z ojcowską czułością i zawsze z wdzięcznością wobec tych, którzy byli przy jego łożu”. Był zatem świadkiem Chrystusa cierpiącego i ukrzyżowanego, bowiem – jak mówił prof. Buzzonetti: „Widziałem, jak cierpiał. To był wizerunek ukrzyżowanego Chrystusa. Ojciec Święty nie mógł wypowiedzieć żadnych słów, nawet tuż przed odejściem. Tak, jak wcześniej, nie mógł mówić, był zmuszony do milczenia. Ale można było go zrozumieć”. Wyraził przekonanie, że papież przemawiał spojrzeniem i – jak to ujął: „słodyczą oczu” oraz „pogodzeniem się z wielką tajemnicą”. A to już świadectwo Chrystusa Zmartwychwstałego, który otwiera swoje ręce, aby przyjąć każdego, kto zaufał miłosierdziu Bożemu! Świadectwo całego życia, pontyfikatu oraz godnego umierania proroka naszych czasów, Jana Pawła II, nie może pozostać bez echa! Stąd też, patrząc na papieża Polaka, trzeba odczytać znaki, które od niego otrzymaliśmy. Trzeba im uwierzyć, aby nie usłyszeć od Jezusa: „o nierozumni”. Jakie są to znaki? Mają postać drogowskazów, kluczy.

Pierwszym z nich jest wskazanie na godność człowieka, którego „nie można zrozumieć bez Chrystusa”. Któż z nas nie pamięta słów pożegnania na lotnisku Okęcie: „Ducha nie gaście, to znaczy też: nie pozwólcie się zniewolić różnym odmianom materializmu, który pomniejsza pole widzenia wartości – i człowieka samego też pomniejsza. Duch Prawdy, którego przyniósł Chrystus, jest źródłem prawdziwej wolności i prawdziwej godności człowieka”. W naszych czasach coraz rzadziej tę godność zachowujemy. Grzech staje się nieodłącznym towarzyszem ludzkości. I tak pewnie musi być, ale dramatem współczesnego człowieka jest to, że na niego coraz rzadziej zwraca się uwagę. Dlatego Jan Paweł II wiele mówił o miłosierdziu. W Łagiewnikach apelował do całego świata: „Gdzie brak szacunku dla życia i godności człowieka, potrzeba miłosiernej miłości Boga, w której świetle odsłania się niewypowiedziana wartość każdego ludzkiego istnienia. Potrzeba miłosierdzia, aby wszelka niesprawiedliwość na świecie znalazła kres w blasku prawdy”. I to drugi drogowskaz, w którym trzeba rozpoznać Jezusa. Bycie miłosiernym oznacza więc swoistą wrażliwość, która powinna towarzyszyć każdemu, kto pragnie zobaczyć, tak jak apostołowie, pusty grób oraz Chrystusa Zmartwychwstałego.

Z miłosierdziem związana jest jeszcze jedna rzeczywistość, o której papież mówił w prawie każdym przesłaniu skierowanym do wierzących w Boga i poszukujących Go. Jest to rzeczywistość miłości, która wynika z przymierza człowieka z Bogiem, a przejawia się w głębszym rozumieniu Bożych przykazań i kierowaniu się nimi. Tak o tym mówił Jan Paweł II do Polaków: „Przykazanie miłości ogarnia sobą wszystkie przykazania Dekalogu i doprowadza je do pełni: w nim wszystkie się zawierają, z niego wszystkie wynikają, do niego też wszystkie zmierzają. Taka jest wewnętrzna logika Przymierza Boga z człowiekiem”.

Wśród wielu wskazań, które zostawił Ojciec Święty, jest jeszcze jedno, które doskonale koresponduje z poprzednimi. Jan Paweł II apelował: „Im głębsza będzie świadomość łączności z Bogiem, którą umacnia życie sakramentalne człowieka i szczera modlitwa, tym bardziej wyraziste będzie poczucie grzechu. Rzeczywistość Boga odsłania i rozjaśnia tajemnicę człowieka. Czyńmy wszystko, aby uwrażliwiać nasze sumienia i strzec ich przed wypaczeniem czy znieczuleniem”. Troska o własne sumienie, bliskość z Jezusem poprzez sakramenty to fundament owocnego z Nim spotkania. Tylko wtedy będziemy mogli powiedzieć: „Pan rzeczywiście zmartwychwstał” (Łk 24).

Cały pontyfikat papieża Polaka i jego świadectwo były skoncentrowane wokół życia. Wiara w pusty grób jest potwierdzeniem życia, najwyższej wartości. Idźmy zatem wraz z uczniami do Emaus, aby spotkać Boga żywego, idźmy poznać Go przy łamaniu chleba po to, abyśmy byli pewni, że w chwili śmierci życie się nie kończy, ale zaczyna.

Opracował: ks. Tomasz

Niedziela Miłosierdzia Bożego /A/

Dz 2, 42 – 47; 1 P 1, 3 – 9; J 20, 19 – 31

Bóg istnieje niezależnie od tego, czy ktoś w Niego wierzy, czy nie. On stworzył świat, On czuwa nad nim w swej opatrzności, On prowadzi do celu wszystko, cokolwiek istnieje. Można o takim Bogu dość dużo wiedzieć na podstawie słuchania lub czytania. Ale jak długo to nie jest mój Bóg, tak długo są to jedynie wiadomości, które nie różnią się niczym od setek innych.

Wydarzeniem zmieniającym życie jest odkrycie tego, że to jest mój Bóg. Wówczas On jawi się jako wielka tajemnica, która otwiera dla mnie swe drzwi. Wchodzę i jestem w owym świecie, tysiące razy bardziej realnym niż ten, w którym się rodzę i umieram. Ten bowiem jest przemijający, a świat Boga jest wieczny i żywy tak intensywnie, że w nim nie ma ani śladu śmierci.

Takie spotkanie nazywamy nawróceniem. Ono bowiem jest początkiem nowej drogi życia. Wszystko zostaje mu podporządkowane. Na takie nawrócenie czekał Tomasz Apostoł. Gdy spotkał się ze zmartwychwstałym Jezusem, rzekł krótko: „Pan mój i Bóg mój”. Tu słowo „mój” jest najważniejsze. Na takie spotkanie czeka wielu.

Przeżyła je św. Faustyna Kowalska. Ona odpowiedziała Jezusowi równie zwięźle: „Jezu, ufam Tobie”. To jest jej osobiste wyznanie. Ona chce, aby wszyscy potrafili tak powiedzieć do Jezusa. W takim akcie jest otwarta nowa droga życia. Miłosierdzie Boga najpełniej rozumieją właśnie ci, którzy doświadczają wtargnięcia Boga w ich życie. Ten, kto potrafi sercem powiedzieć: „Jezu, ufam Tobie”, jest ocalony. Jezus jest jego. Powtórzy on za Tomaszem: „Pan mój i Bóg mój”. Tak ujęty akt wiary jest zawsze wyznaniem miłości. Ten bowiem, kogo kocham, jest mój. Osobisty wymiar odniesienia do Jezusa i do Boga Ojca jest w akcie wiary wyjątkowo ważny. Jak długo tego odniesienia nie ma, tak długo akt wiary jest słaby i nie kształtuje życia człowieka.

Dziś Tomasz Apostoł wzywa do odpowiedzi na pytanie: Czy Bóg jest twój? Szczęśliwi, którzy mówiąc o Bogu, używają słowa „mój”, bo oni wiedzą, o kim mówią.

Opracował: ks. Tomasz

Niedziela Zmartwychwstania Pańskiego /A/

Dz 10, 34a. 37 – 43; Kol 3, 1 – 4; J 20, 1 – 9

 

            Oto dzień, który Pan uczynił – radujmy się nim i weselmy!

            Zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa jest najważniejszym wydarzeniem w dziejach wszechświata i fundamentem naszej wiary. Radujemy się, bo Pan Jezus prawdziwie zmartwychwstał i jest pośród nas. Bóg przez swojego syna Jezusa Chrystusa pokonał śmierć, grzech i szatana i otworzył nam bramy życia wiecznego, abyśmy zmartwychwstali do nowego życia w światłości. Dziękujemy Bogu za ofiarowane nam zbawienie. Radość ze Zmartwychwstania Pańskiego staje się naszym udziałem. Jezus Chrystus gromadzi nas na Mszy Świętej w tę największą dla chrześcijan uroczystość.

            Nikt z ludzi nie oglądał na własne oczy zmartwychwstania Pana Jezusa. Największy cud dokonał się w najgłębszej tajemnicy. Gdy Jezus wychodzi z grobu, panują ciemności nocy i zalega cisza. Ewangelia podaje, że wczesnym rankiem do grobu Jezusa spieszy Maria Magdalena, potem Piotr i Jan. Wszyscy szukają Jezusa: „Zabrano Pana z grobu i nie wiemy, gdzie Go położono”. Anioł z nieba zstąpił, poszedł i usunął kamień od wejścia do grobu, usiadł na nim i ogłosił, że Jezusa ukrzyżowanego nie ma tu, zmartwychwstał, jak zapowiedział. Apostołowie, chociaż zobaczyli pusty grób Jezusa i płótna, nie od razu uwierzyli w Jego zmartwychwstanie. Tylko św. Jan Apostoł właściwie odczytał tajemnicę pustego grobu: ujrzał i uwierzył. Zrozumiał, że Pismo Święte mówi: On ma powstać z martwych. Zmartwychwstały Jezus gromadzi na nowo swoich uczniów, którzy uwierzyli w Jego zmartwychwstanie. Spotyka się z nimi, poucza, je i pije podczas posiłków i jako świadków posyła na cały świat, aby głosili Jego naukę – Ewangelię.

            My także dziś pytamy: Gdzie jest Chrystus zmartwychwstały? Święty Paweł odpowiada w Liście do Kolosan: Tam w górze, zasiadając po prawicy Boga. Jeżeli jesteście ochrzczeni, to umarliście razem z Nim i powstali z martwych, a wasze życie ukryte jest z Chrystusem w Bogu. Nasz chrzest jest zobowiązaniem, abyśmy dążyli do tego, co jest w górze, a nie do tego, co na ziemi.

            Święty Piotr, który jest naocznym świadkiem wszystkiego, co Jezus zdziałał na ziemi żydowskiej i w Jerozolimie, to samo głosi: Jezus jest tam w górze, jest sędzią żywych i umarłych. Bóg wskrzesił Jezusa trzeciego dnia i pozwolił Mu ukazać się nam, wybranym uprzednio na świadków, którzyśmy z Nim jedli i pili po Jego zmartwychwstaniu. On nam rozkazał ogłosić ludowi i dać świadectwo, że Bóg ustanowił Go sędzią żywych i umarłych. Każdy, kto w Niego wierzy, w Jego imię otrzymuje odpuszczenie grzechów. Nasza wiara opiera się na tym świadectwie: Jezus żyje. W każdej Mszy Świętej spotykamy się z Jezusem, który powróci w chwale, aby nas nie tylko sądzić, ale zbawić i przyjąć do swojej chwały. Pokolenia ludzi, które po nas przyjdą, będą żyć wiarą głoszoną przez nas i poświadczoną naszym życiem. Pozdrawiajmy się słowami pierwszych chrześcijan: Chrystus zmartwychwstał! – Prawdziwie zmartwychwstał.

Opracowała: s. Teresa Opydo


    



Odsłon artykułów:
769546

Odwiedza nas 26 gości oraz 0 użytkowników.